Tradycje. Pusta forma czy coś więcej?

Święta, święta i po świętach...  A jeszcze przed chwilą były: przedświąteczne porządki, pieczenie pierników, pakowanie prezentów, malowanie szyb sztucznym śniegiem, lepienie pierogów. Czy było warto? Czy tradycja to dziś tylko pusta forma, czy coś więcej? Wszyscy, z mniejszą lub większą satysfakcją, kultywujemy wiele zwyczajów,  nie tylko tych świątecznych. Na urodziny dzieci są goście, torty i prezenty, w niedziele obiad u teściów, w wakacje wyjazd nad morze itd.

Czasem pieczenie pierniczków jest raczej źródłem stresu i kłótni, niż pozytywnych emocji, które łączą rodzinę. Zastanawiamy się, czy warto.
Z okazji świąt dziś osobista  refleksja na ten temat.
Kiedyś w książce, o zapomnianym, ale na pewno bardzo dziwnym tytule, przeczytałam długi rozdział o tradycjach rodzinnych. Nasza rodzina dopiero powstawała. Inspiracja z tej książki zaowocowała listą tradycji, jakie chcielibyśmy kultywować. Przyjrzeliśmy się temu, co wynieśliśmy z naszych rodzinnych domów,  zastanowiliśmy się  co wybrać, czemu te tradycje mają służyć. Wypisaliśmy całkiem długą listę pomysłów. Część z nich pochodziła z przeszłości, część wymyśliliśmy sami. Niedawno wpadłam na ten spis. Okazało się, że większość z tych tradycji kultywujemy.  Weszły nam w krew i dają radość nie tylko od święta.

Na przykład urodziny. W naszym domu z tej okazji jest nie tylko tort, goście, ale też dodatkowe zwyczaje. Na przykład na urodziny taty usypujemy górę z liści. Skaczemy w nią, a później... to już wolna amerykanka! Turlanie, zasypywanie tego, kto wskoczył i na koniec rozrzucanie liści i obrzucanie się nimi. Radość jest wielka. Przechodnie przystają i kibicują. Może kiedyś ktoś się dołączy?
W niedzielę mamy dzień rodzinny. Nie zajmujemy się obowiązkami, dzieci mają z głowy lekcje i wszyscy mamy czas dla siebie nawzajem. Ustalamy razem jak go spędzić. Jeździmy na wycieczki, gramy w planszówki, wspólnie muzykujemy... Zawsze dużo rozmawiamy. Już samo ustalanie, co zrobić, daje możliwość nauki dyskutowania, przedstawiania własnych argumentów, słuchania innych, dochodzenia do wspólnych rozwiązań. Ale to nie jedyny cel naszych niedziel. Między innymi dzięki nim tworzymy rodzinę: przebywamy razem, cieszymy się sobą, mamy wspólne doświadczenia, razem poznajemy świat i wciąż odkrywamy siebie nawzajem.
Mogłabym dawać jeszcze wiele przykładów, ale może już ostatni. Codzienny. Wieczorne czytanie. Zaczęliśmy jak dzieci były malutkie. A właściwie jeszcze wcześniej :-) O akcji Cała Polska Czyta Dzieciom pewnie każdy słyszał. Zalet wspólnego czytania bez liku (to temat na osobny wpis, dla ciekawych polecam stronę http://www.calapolskaczytadzieciom.pl/ ). Mimo, że nasze dzieci czytają już samodzielnie od bardzo dawna, nadal im czytamy. Dzieci nie tylko zdobywają dzięki książkom wiedzę,  wzbogacają słownictwo itd. To jest przede wszystkim nasz wieczorny czas razem. Czas, kiedy możemy porozmawiać o tym, co czytamy, ale nie tylko. Przy okazji pojawiają się różne tematy, ujawniają się problemy, o których trudno porozmawiać w ciągu dnia, kiedy dużo się wokół dzieje, kiedy np. młodszy brat słucha, a chciałoby się porozmawiać tylko z mamą.  Rozmowa i bycie zrozumianym to jest to, czego nasze dzieci i my sami bardzo potrzebujemy. Staramy się, więc organizować na to czas. Nasze tradycje służą m.in. właśnie temu.

Zwyczaje, jakie mamy, jako rodzina, dają nam poczucie przynależności, budują wspólne doświadczenia, wzmacniają więzi rodzinne, są stałym elementem w zmieniającym się świecie. Dzieciom, które lubią przewidywalne, powtarzalne zdarzenia, dają poczucie bezpieczeństwa, porządkują świat. Ułatwiają nam życie - nie musimy za każdym razem od nowa planować kiedy pobyć razem,  jak uczcić urodziny itp. Cieszymy się nimi, bo są to nasze wybory. Świadomie zrewidowaliśmy tradycje i stworzyliśmy własne. Zaplanowaliśmy czemu mają służyć i teraz pomagają nam w osiąganiu naszych celów. 
Jest sens, nie tylko forma. Warto go poszukać.